melfais blog

Twój nowy blog

Drzwi Katedry były zamknięte. Waliłem w nie pięściami z całych sił, ale to na nic. Ani drgnęły. Zupełnie jakbym walił w kamienny mur. Metalowe, wielkie na dwa metry, stalowe, bogato zdobione drzwi. Równie dobrze mógłbym starać się rozwalić głową kamienny mur a nie tylko je wywarzyć.

Czułem się bezsilny. 

Dopiero po chwili poczułem ocierającego się o moją nogę kota. To była ta sama kotka która doprowadziła mnie tutaj. Wpatrywała się we mnie intensywnie zielonymi oczami… były jak bezdenne jezioro…

… otaczała mnie delikatna miękkość. Dotarł do mnie zapach mchu, ogniska, ściółki leśnej. Otworzyłem oczy, nademną unosiły się gałęzie drzew, przez nie prześwitywało gwieździste niebo. Po twarzy przeszedł mi maleńki pajączek. Wstałem i zrzuciłem go z twarzy. 

- Hej obudziłeś się? – dookoła ogniska siedziała grupka ludzi ze studiów. Wśród nich, lekko z boku siedziała Anna. To ona krzyknęła w moją stronę.

Czułem że nie panuję nad swoim ciałem, a wszystko dzieje się według doskonale mi znanego scenariusza. To było Lato 1998 w Stanclewie gdzie oblewaliśmy trudny, 3 rok studiów. To tam po raz pierwszy zobaczyłem Ankę. Przyjechała z kumplem z architektury, chciała odreagować zakończony właśnie związek z jakimś informatykiem. 

Patrząc wtedy w oczy tego kota odczułem wszystko to co zdarzyło się wówczas nad jeziorem. Pierwsze nieśmiałe rozmowy, pierwsze spacery i walki z wszędobylskimi komarami, rzucenie palenia i szpital. 
Brutalne zderzenie z ukrytym pod wodą pniakiem skończyło się złamaną ręką. Ja drący się jak opętany, Anna starająca się mnie jedną ręką mnie uspokoić a drugą wezwać karetkę i reszte grupy.
Długo się śmialiśmy, że jeżeli pierwsza randka zaczyna się od beli szpitalnego fartucha to kolejnym krokiem musiała być biel ślubna.

Nie wiem po jakim czasie ocknąłem się. Leżałem pod drzwiami Katedry. Twarz miałem całą we łzach. Na mojej piersi leżała zwinięta w kulkę zielonooka kotka.
Wspomnienie o Annie, to co wydarzyło się tamtego roku w Stanclewie to chyba najpiekniejsza rzecz jaka pozostała w mojej pamięci. Wciąż pamiętam zarówno jej zapach, delikatność jej dotyku, smak jej ust… 

MUSZĘ JĄ ZNALEŹĆ

Usiłowałem wstać, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Osunąłem się na ziemie i straciłem przytomność. Obudziłem się w domu. Jedyną różnicą jest zielonooki diabeł mruczący na moich kolanach w chwili gdy piszę te słowa. Na szyi ma zawiązany rąbek chusty w złote motyle…moja Anna…

Chwilę później z Polipa został krwawy, rzężący strzęp mięsa. Ten piekielny pies popatrzył jeszcze w moja stronę, w jego przekrwionych ślepiach błysnął gniew – przez chwilę myślałem, że ja będę następny – w głowie usłyszałem tylko odległe wycie i zniknął. Skoczył w boczną uliczkę, w jedną z tych które promieniście odchodziły od placu. Zostałem sam z dygoczącym jeszcze trupem Polipa. 
Zaciekawiony podszedłem do niego. Gardło miał rozszarpane, z większości twarzy została tylko krwawa miazga i strzęp. W pełni widoczne były tylko jego oczy. Już nie było w nich złości ani nienawiści. Po prostu patrzył na mnie. Nie było bólu, nie było chęci zabicia mnie, nie było śmierci. Były tylko te stalowo błękitne oczy patrzące na mnie. Te oczy śmiały się ze mnie, osądzały że je zabijam, oceniały moją słabość, wyzywały od tchórzy. 
To były tylko oczy ale ja czułem całym ciałem ten śmiech, ich drwinę. 

Zabiłem go. Wbiłem w oczodół leżący nieopodal sztylet. Tylko lekko drgnął. Drugie oko wciąż wpatrywało się we mnie, już się nie śmiało. Było puste.

Na miękkich jeszcze nogach ruszyłem w kierunku drzwi katedry. Były zamknięte na głucho. W szczelinie między skrzydłami utkwił tylko mały strzęp czerwonego materiału. Fragment jedwabnej apaszki w złote motyle, jaki Anna miała na sobie w dniu śmierci. Prezent na ostatnią rocznice…

Chciał mnie zmęczyć, bawił się mną. 
Tak myślałem dopóki nie wydarzyło się coś dziwnego. Własnie powalił mnie na ziemie i zamierzył się na mnie swoim przypominającym szpikulec nożem. Błyskawicznie odturlałem się w bok. Miałem wrażenie że tylko cudem uniknąłem nabicia na rożen niczym królik. Polip stanął nademną w rozkroku i z drapieznym uśmiechem na ustach raz po raz wbijał sztylet tam gdzie jeszcze sekudnę wcześniej była moja głowa. Czułem się jak mysz w szponach rozbawionego, głodnego kota. Tylko dzięki błyskawicznym unikom zawdzięczałem to że wciąż żyłem.

Kątem oka zobaczyłem ruch w drugim końcu placu. Wyglądało to tak jakby za ciężkich, dwuskrzydłowych drzwi katedry wyglądała czyjaś głowa. Delikatne rysy, czarne, lekko kręcone włosy, błysk szmaragdowego kolczyka w uchu… ANNA. Chciałem się zerwać, krzyczeć biec do niej… Przypomniałem sobie o Polipie, spojrzałem w górę i dostrzegłem że ostrze jest za blisko, wiedziałem że już mi się nie uda przed nim uciec. Patrzyłem jak zahipnotyzowany na zbliżającą się śmierć, kiedy rozległo się z ust Polipa siarczyste przekleństwo i zobaczyłem jak ręka w ostatniej chwili zmienia położenie i ostrze bezpiecznie wbija się w piach.

Rzuciłem szybko okiem na katedrę. Drzwi były zamknięte, po kobiecej twarzy nie został nawet ślad. Ale upewniło mnie to, że w środku jest Anna i Oscar, a na drodze stoi mi ten dziwny człowiek który chce mnie zabić ale tego z jakiś przyczyn nie robi. Zerwałem się na nogi. 
Moja gwałtowna reakcja całkowicie zaskoczyła przeciwnika. Jednak to on był wyszkolonym zabójcą nie ja. W jego ręce pojawił się drugi sztylet wyciągnięty za paska od spodni. Ja wciąż byłem bezbronny, jeżeli nie liczyć kawałka lusterka które wciąż ściskałem w dłoni. Aż dziwne że go do tej pory nie wypuściłem, ani że nie pocharatał mi dłoni ostrą krawędzią. To właśnie ten ostry kawałek chciałem wykorzystać do walki z Polipem.

Szkiełko było za małe żeby podciąć gardło czy dotkliwie zranić. Jedyną szansą było uderzenie w oczy. Jeżeli go oślepie mam jakieś minimalne szanse na przeżycie.

Zaatakowałem z marnym skutkiem. Przeciwnik dalej obijał mnie kantem dłoni, uderzał pięścią, kopał (wciąż nie użył ostrza sztyletu), a ja unikając niewielką część jego ciosów starałem zbliżyć się na tyle żeby zaatakować jego oczy. Bez rezultatu. Udało mi się tylko lekko zadrapać go w policzek. Powstało niewielkie zranienie, ale chyba musiałem mieć troszkę szczęścia, ponieważ krwawiło obficie.

Po kolejnym kopniaku wylądowałem ciężko na plecach spory kawałek od Polipa. Podnosiłem się z wyraźnym trudem. Na ręce w której trzymałem szkiełko miałem krwawy ślad. Szybko spojrzałem po sobie – krew nie była moja, należała do Polipa. On także spojrzał na moją dłoń, na mnie, potem powoli dotknął twarzy. Była cała we krwi.

Zbladł. Cofnął się o dwa kroki do tyłu, wypuścił z rąk sztylet który bezgłośnie wbił się w ziemie obok małej kałuży krwi skapującej z policzka Polipa. Ziemia dookoła krwi zaczęła się nienaturalnie wybrzuszać, bulgotać, żeby w końcu wybuchnąć niczym gejzer z potwornym świstem i mrożącym krew w żyłach wrzaskiem. Gdy opadł kurz, na ziemi stała bestia. 

Stwór wielkości psa, którego czarna skóra pokryta była długą, rzadką, posklejaną szczeciną. Z pyska wystawałe największe i najbielsze kły jakie w życiu widziałem. Kapała z niej ślina i buchały kłeby pary, zupełnie jakby podczas najmrożniejszych nocy. Spojrzał na mnie ślepiami zaciągniętymi bielmem. 

- Bierz go – krzyknął Polip wskazując w moją stronę – to z mojej krwi powstałeś, nakazuje ci bierz go… – głos brzmiał coraz bardziej histerycznie, w ostatniej sylabie przechodząc w paniczny pisk…

Cerber tylko raz spojrzał w kierunku Polipa, odwrócił łeb w moim kierunku, głucho warknął spoglądając mi w oczy i bezgłośnie rzucił się w kierunku gardła…

Odkładałem ten kawałek szkła na stolik, kiedy przypadkowo zaciąłem się ostrą krawędzią w palec. Od razu poczułem lekkie zawroty głowy. Z każdą kroplą krwi spływającą po moim palcu na powierzchnie lusterka w pokoju robiło się coraz chłodniej, moje ciało zaczęło odmawiać mi posłuszeństwa. Ostatnie co pamiętam to ostry błysk światła oraz uczucie że spadam.

Odzyskałem przytomność kiedy poczułem na twarzy krople wody. Leżałem na krawędzi kamiennej fontanny. Z ust gargulca w kształcie zdeformowanego dziecka zamiast wody spływała krew. W dłoni ściskałem zakrwawiony kawałek lusterka, jednak na palcu nie było śladu po skaleczeniu. Spojrzałem w niebo lecz pośród chmur nie odnalazłem słońca. Miasto było całkowicie opustoszałe. Nigdzie nie znalazłem nawet żywej duszy. Jedynie szum krwi w fontannie powodował, że cisza nie była totalnie przytłaczająca. Schowałem lusterko do kieszeni…
… dopiero po dłuższej chwili ją zobaczyłem. Stała u wylotu uliczki, oparta o kamienną rzeżbę przedstawiającą zgarbioną staruszkę dźwigającą nienaturalnie wielki tobół. Miała najbardziej blond włosy jakie w życiu widziałem, błękitną sukienkę, na nogach klapki. Wyglądała tak nienaturalnie, tak nie pasowała do otaczającego ja Miasta.

Chyba dopiero jak ją zobaczyłem jak stoi i zwyczajnie patrzy się na mnie, zrozumiałem, że jestem w Melfais.

Patrzyła na mnie dopóki nie zrobiłem pierwszego kroku w jej stronę. Wtedy bez słowa odwróciła się i znikła za rogiem. Nie zważając na nic pobiegłem za nią. Za rogiem już jej nie było, tylko jakieś 30 metrów dalej, przy kolejnym rogu mignęła mi szmaragdowa zieleń jej sukienki. W pierwszej chwili nie pomyślałem jak to możliwe. Po prostu musiałem ją dogonić. Gonitwa trwała długo. Tego gdzie jestem i jak trafić do fontanny nie wiedziałem już po chwili. Tym bardziej starałem się nie stracić z oczu tej zieleni, która w kamiennej rzeczywistości wydawała mi się niczym promyk nadziei.
Nie wiem jak długo za nią biegłem. Z oczu straciłem ją dopiero na wielkim placu. Wybiegłem na niego z jednej z kilkudziesięciu identycznych uliczek rozchodzących się promieniście od  niego. Nigdzie nie widziałem mojej tajemniczej przewodniczki. Zamiast niej przez środek placu przechodziła czarna kotka, z zieloną obróżką na szyi. Szła w kierunku wysokich schodów na szczycie których znajdowała się największa gotycka katedra jaką w życiu widziałem. Kotka wbiegła po schodkach i usiadła przed mosiężnymi drzwiami katedry u stóp… Polipa. 

Przed wrotami katedry stał jakby nigdy nic ten którego zwłoki jeszcze nie tak dawno widziałem całe we krwi. Smoliście czarna kotka ocierała się o jego nogi. Był ubrany tak jak w dniu śmierci, z tą różnicą, że ubranie nie było zakrwawione, a w dłoni trzymał swój dziwny sztylet. Bez słowa ruszył na mnie ze sztyletem gotowym do ataku. Nie miałem nic do obrony, a nigdy raczej nie byłem mistrzem sztuk walki…

Atakował powoli i z dużym opanowaniem. Bawił się mną, zupełnie jakby nie chciał zabić mnie od razu, ale po prostu ponapawać się swoją przewagą nade mną…

… 300 zeta za dowiedzenie się, że ciało pewnie już zaczyna podśmiardywać w porzuconym wozie na tyłach jakiegos osiedla.
Nie było innego wyjścia, musiałem je zobaczyć, musiałem się przekonać że Polip nieżyje. Musiałem poczekać do zmierzchu, nie chciałem żeby ktoś zbyt szybko wezwał policje i nakrył mnie z poszatkowanym trupem w bagażniku jakiegoś wozu.

Wóz stał tam gdzie powiedział Rychu. Nawet kluczyki były tam gdzie powiedział – upuszczone pod kierownicą.
Szybko otworzyłem bagażnik. Był. Leżał. Nie widziałem zbyt wielu trupów, ale ten wyglądał na spokojnego, zupełnie jakby jeszcze za życia nie czuł tych kilkunastu ran na brzuchu którymi uciekło z niego życie. Był cały we krwi, ale musiałem go przeszukać. Nie wiem czemu, ale liczyłem że ma przy sobie kartki z Manuskryptem Artura. Szybko namacałem wybrzuszenie w kieszeniu kurtki. Wyciagając z niej gruby plik kartek moje serce zaczęło szybciej bić.

„Wygrałem skurwysynu” – wymsknęło mi się odruchowo. Moja mina zrzedła kiedy rozprostowałem złożone na pół kartki. Jestem na 100% pewien że to one. Wyglądają identycznie, na kilku widać nawet ślady mojego nieostrożnego operowania nimi. Jedna ma małe rozdarcie w górnym rogu – siłowałem się o nią z Oscarem, który chciał na niej namalować konika, jedna ma ślad po kubku z kawą – efekt czytania nad ranem, kiedy Anna jeszcze spała a ja miałem problemu ze snem, jedna całkiem solidnie napuchnięta – efekt czytania w wannie i mojej nieostrożności. To były kartki na których Artur pisał o Melfais. Były, bo teraz poza śladami które zostawiłem na nich ja, nie było nic. Były puste. Całkowicie puste.

Byłem wściekły. Przez chwilę okładałem zwłoki pięściami, chciałem wyć z wściekłości. Czułem jakby ktoś odebrał mi jedyną nadzieje na odzyskanie tego co bezpowrotnie utraciłem. Tak uderzając w miękkie jeszcze zwłoki Polipa w pewnym momencie poczułem na pięści ostry ból. Uderzyłem w coś twardego i o ostrej krawędzi. Szybko spojrzałem na ubrudzone krwią ręce – na szczęście w całości należała do trupa. W kieszeni koszuli Polip coś ukrywał, coś czego albo nie znalazł Rychu albo uznał za niewarty uwagi śmieć (portfela nawet nie szukałem, wiedziałem że go nie ma, nie dość że kasa i orygianle dokumenty to jeszcze możliwość identyfikacji przez gliny). W kieszeni leżało coś co pewnie gdyby nie Melfais i Artur sam uznałbym za śmieć, albo nieszkodliwą pamiątkę. Połówka małego okrągłego lusterka, z ostrymi krawędziami, o które pewnie uderzyłem wyładowując się na trupie.

Lusterko na pierwszy rzut oka wydawało się normalne. Było tylko nienaturalnie zimne, a jego powierzchnia nieodbijała niczego, była nienaturalnie czarna. Ale ewidentnie było to lusterko.

Zostałem wyrzutkiem. Na moich rękach jest krew. Teraz wraz z moim światem zawaliła się także moja jedyna ostoja – zdrowy rozsądek. Straciłem dom, przyjaciół… wszystko. Zostałem sam wraz z moją nadzieją na to że Anna i Oscar czekają tylko żebym ich odnalazł. Teraz tylko to się liczy. Został mi tylko mój cel.

Ten sen stał się moją obsesją. Musiałem znaleźć Polipa i wydusić z niego prawdę o tamtym wypadku i co się naprawdę stało z moją rodziną. A tego mogłem dowiedzieć się tylko w „Mokrej”, małej knajpce na Woli gdzie, mając troszkę wiedzy, można było wiele załatwić. Wystarczyło tylko znaleźć odpowiednich ludzi i mieć czym im zapłacić. 
Nie łatwo jest się dostać już do samego lokalu. Dla większości przechodniów „Mokra” jest tylko wytartym napisem na starej i brudnej szybie, wspomnieniem dawnego baru, który jeszcze w latach 60 przyciągających biednych ale lubiących dobrze i tanio zjeść. Teraz wejścia broni stara kartka, a raczej jej strzępy z napisem REMONT oraz przerdzewiała kłódka na jeszcze bardziej przerdzewiałej kracie. Wejść mógł każdy kto znalazł stare wejście dla personelu. Gorzej czasem było z wyjściem.
Skąd znam to miejsce?
Nieważne…

Na wnętrze „Mokrej” składały się stare barowe stoliki, szerokiej lady za którą niepodzielnie królował Rychu i jego dwie kelnerki Idzia i Maja oraz zaplecza gdzie ubijano prawdziwe interesy. Aby się tam dostać trzeba jednak mieć zgodę obsługi. Inaczej groziło spotkanie z pięściami Rycha.
Już od wejścia do mojego nosa doleciał stale towarzyszący smród wymiocin. Tym razem był „wzbogacony” żelazistym posmakiem krwi. Rzadkość, Rychu bardzo dbał żeby wszelakie porachunki załatwiane były na zewnątrz. Idzia usuwała mokrą szmatą resztki mokrych plam z podłogi przy ladzie, podczas kiedy Rychu i Maja ustawiali w jakiś niezrozumiały wzór porozrzucane stoliki. 
Rychu spojrzał tylko na mnie i nie przerywając walki ze stolikiem rzucił w moim kierunku – „Chwila”. Cierpliwie poczekałem. Tutaj to On był szefem. Niedowidziałem się co się stało – dyskrecja to jedna z zasad „Mokrej”. Tutaj za informacje kosztują dużo, a tajemnice nigdy nie zmieniają właściciela.
Jak skończył położyłem na stole 50 złotych i powiedziałem tylko „Polip”. Jego reakcja mnie całkowicie zaskoczyła. Chwycił mnie za gardło, przeciągnął za bar i trzymając w drugiej ręce wielki nóż wychrypiał „Co o nim wiesz?”
Nie powiedziałem wszystkiego, gdybym tak zrobił pewnie skończył bym z poderżniętym gardłem. Powiedziałem o kradzieży i pobiciu. Rychu uwierzył, na moje szczęście. Zaczynało mi już brakować tchu. Puścił mnie, ale nie pomógł wstać z podłogi. 
Wskazując na resztki krwi na podłodze powiedział „Tam masz swojego złodzieja”. 

Polip był tu kilka godzin wcześniej. Od progu szukał awantury. Wytrącał butelki z rąk najbardziej nerwowym łebkom. Ewidentnie szukał bójki i się jej doczekał. Rychu nie zdążył zareagować kiedy w jego rękach pojawiły się dwa, skądinąd znane mi, charakterystyczne noże. Wyjął i stał w bezruchu. Reszcie nie trzeba było większej zachęty. Rzuciło się na niego z siedmiu chłopaków. W ruch poszły butelki, szklanki, noże. Po chwili Polip krwawiąc jak zarzynane prosie leżał na podłodze. Żaden z napastników nie został nawet ranny.
Żeby dowiedzieć się gdzie są jego zwłoki musiałem zapłacić trzy stówy…

Najgorsze są sny… Przychodzą niewiadomo kiedy i niewiadomo jak się przed nimi bronić. We śnie człowiek jest bezbronny niczym dziecko. Każdy może wtedy zrobić z nim co zechce i to zarówno w świecie snów jak i jawy. Najgorsze w nich jest to że nie tylko nie możesz się ich pozbyć, ale także odróżnić co jest wytworem twojej wyobraźni a co prawdą. 

Dziś rano obudziłem się z krzykiem. Pościel była mokra od potu i moczu. Ja cały dygotałem z przerażenia i zimna. Uspokiła mnie dopiero resztka wódki znaleziona w kredensie. Ostry smak ogrzewał mi przełyk wypalając jednocześnie ze mnie strach i przerażenie. 

… w pokoju przy maleńkim czarnym stole, na głębokich, wyglądających na bardzo niewygodne, fotelach siedziało dwóch mężczyzn. Jednego poznałem od razu – Polip. Twarz drugiego była skryta w cieniu. Wyglądał jakby zupełnie nie miał twarzy. Na stoliku obok filiżanek z kawą leżały trzy zdjęcia. Była na nich Anna, Oscar i ja. Patrząc na nie we śnie, starałem się przypomnieć sobie kiedy i gdzie były one zrobione, ale nie umiałem. Teraz ich nie pamiętam… może to dobrze.

Usłyszałem głos. To mówił ten skryty w cieniu – „Nie, nie zabijaj ich. Bardziej się przydadzą jeżeli przyprowadzisz ich do mnie. Zabierz dziecko i kobiete do Miasta… Acha i przedewszystkim odzyskaj papiery. Zbyt długo były w rękach ludzi…”

Polip tylko spojrzał na leżące na stole fotografie, oblizał wargi i nie patrząc na rozmówce powiedział – „Znajdą się w twojej Katedrze tak szybko jak to możliwe, Panie”

Czy ja zwariowałem? Chyba nie umiem już odróżnić jawy od snu…

Rodzice nie powinni chować do grobu własnych dzieci. Nie powinni żyć dłużej niż krew z ich krwi. A jeżeli oddaje się ziemi wraz z ciałem dziecka ciało ukochanej kobiety, wtedy w sercu pozostaje ziejąca pustką i nienawiścią dziura. 

Ostatnie dwa miesiące mojego życia były niczym niekończący się koszmar. Koszmar którego karty przeplatały momenty totalnego szaleństwa, wszechogarniający brak nadziei, pustka która domagała się natychmiastowego wypełnienia oraz chęć skończenia beznadziei związanej z życiem bez Anny i Oscara przy moim boku.

Po raz pierwszy w życiu chciałem i próbowałem się zabić, ale chyba byłem zbyt wielkim tchórzem. Po wyjściu ze szpitala sięgnąłem po kolejny sposób radzenia sobie ze ssmutkiem i osamotnieniem – alkohol. Też mnie o mało nie zabił. Nie raz i nie dwa lądowałem na dołku, w miejscu które w czasie pracy nie raz odwiedzałem wyciagając ludzi z samego dna alkoholowej przepaści. Poczułem jak to jest być po drugiej stronie bramy. W pracy nie czekali specjalnie długo. W ciągu tygodnia dostałem wypowiedzenie i zostałem bez środków do życia, za wyjątkiem oszczędnośąci na koncie. Alkohol zapełnił całe moje życie. Po nim było prościej. Kiedy przychodziły myśli lub wspomnienia to alkohol pozwalał je odegnać. Szklanka wódki przed zaśnięciem pozwalała na spokojna noc bez snów i sennych zmór.

Nawet największe oszczędności muszą się kiedyś skończyć, zwłaszcza kiedy ich wydatki są wspierane alkoholem i wieloma nowymi „znajomymi” którzy chętnie korzystają z zapasów innych. Zacząłem się wyprzedawać. Przyjaciół odrzuciłem. Zostałem sam. Niewiele brakowało żebym stoczył się na samo dno. Bywały dni a nawet jeden czy dwa tygodnie których nie pamiętam. 

Ocknąłem się całkiem niedawno, zaledwie wczoraj. Siedziałem na łóżku z ostatnią puszką piwa. Pieniądze już dawno się skończyły. Nowy telewizor, kino domowe, wieża stereo już dawno zamieniłem na alkohol. Rozglądałem się po mieszkaniu szukając nowych rzeczy na sprzedaż i starając sobie przypomnieć przebieg popijawy jaka miała miejsce dzień wcześniej kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Na szczęście piwo w ramach klina spełniło swoją powinność. Inaczej chyba głowa by mi eksplodowała. Było za wcześnie na któregoś z kumpli do kieliszka. Większość z nich pracowała o tej godzinie, reszta pewnie tak jak ja dopiero dochodziła do siebie. 

Faktycznie, za drzwiami stał ktoś zupełnie obcy. Niski, może półtorametrowego wzrostu człowieczek, spokojnie można było powiedzieć że łatwoej go przeskoczyć niż obejść.  Całości wyglądu dopełniały długie, rzadkie, czarne i przetłuszczone włosy oblepiające twarz. Jak otwierałem drzwi, właśnie ocierał pot z twarzy za pomocą wielkiej i brudnej chustki do nosa. Sprawiał raczej odpychające wrażenie. Właśnie tacy ludzie teraz mnie otaczali. Plugawi, chciwi i niegodni zaufania.

Według jego słów bylismy umówieni. Ponoć dzień wcześniej, w spelunce na Woli dokonaliśmy jakiejś transakcji, a dzisiaj Polip, czyli ten właśnie on miał pojawić się po swoją należność – Manuskrypt Artura. Ponoć gadałem o nim przez cały wieczór, opowiadając niespotykane historie o jego pochodzeniu i miejscu które opisuje. Polip chciał go mieć. Powiedział, żebym zajrzał do kieszeni marynarki, że znajdę tam pieniądze od niego. Sprawdziłem. W kieszeni leżał gruby plik banknotów dwustu złotowych. Gruby jak zaciśnięta, męska pięść. Patrzyłem to na pieniądze, w myślach przeliczałem je na kolejne flaszki wódki jakie mogę za nie kupić, to na stojącego w drzwiach czowieczka. Ponaglał mnie, widział moje wahanie i chciał złamać resztki pewności siebie jakie we mnie zaczęły się odradzać. Usłyszałem tylko: „Szybciej, dawaj co moje” i już wiedziałem że nie oddam kartek. Rzuciłem mu pieniądze w twarz. Osłupiały patrzył jak spadają na ziemie. Wtedy stało się coś co ostatecznie przesądziło o moim i jego losie. Jego twarz zapadła się w sobie, poszarzała. Oczy zapłonęły nieziemskim zielonym blaskiem. Zza  marynarki wyszarpnął długi zębaty nóż i rzucił się z nim na mnie. Zanim zdążyłem zareagować poczułem w ramieniu ból. Nie wiem co się potem ze mną działo. Ocknąłem się długo potem. Na zewnątrz było juz ciemno. Rana w ramieniu na szczęście nie okazała sie głęboka. Krew zakrzepła chroniąc mnie przed wykrwawieniem. Nie miałem innych ran. Leżałem na kanapie w salonie. Od przedpokoju prowadził szeroki ślad krwi. Poszedłem za nim nie wiedząc, lub może nie pamiętając co się wydarzyło. Drzwi do mieszkania były zamknięte. Na podłodze lśniła zakrzepła kałuża krwi i nóż którym zaatakował mnie Polip. Tej krwi było za dużo jak na pojedyńczą ranę w ramieniu. 

Czułem coraz silniejsze zawroty głowy. Pijackie maratony, walka z jakim szaleńcem, i ranne ramie to było za dużo jak dla mnie. Wizyta w szpitalu ujawniła kolejne obrażenia których nie czułem wczęśniej. Lekarz mówił że to adrenalina i szok. Możliwe. Moja szyja wyglądała jakby chciał mnie udusić i jednocześnie poderżnąć mi gardło jakiś szaleniec ze szponami zamiast dłoni…

Gdy wróciłem dziś do domu zanim zająłem się smrodem krwi i jej śladami ruszyłem do szafy gdzie trzymałem Manuskrypt… zniknął. Na drzwiach i na pudle gdzie go schowałem były ślady krwi i nacięć jak od noży, albo szponów. Polip osiągnął to po co przyszedł. 

” Po raz pierwszy w życiu patrząc na znikające słońce czuje strach. Od dziecka obserwując zaćmienie czułem dreszcz emocji, miałem zawsze wrażenie że to niesamowite, ale całkowicie bezpieczne, nieszkodliwe. Szkoła starała się odebrać momentowi zaćmienia resztki magii, ale jej się nie udało. Dopiero teraz myśląc o nim czuję strach. 

To zaćmienie nie było widoczne w Polsce, ale w Melfais tak. W nocy obudził mnie dziwny dźwięk. Dobiegał z kryształu znalezionego podczas ostatniej wizyty w Mieście. Zerknąłem w kierunku stolika na którym położyłem go wczoraj wieczorem. Kryształ wydawał się wibrować i błyszczeć „czarnym światłem”. Przez chwilę miałem wrażenie że dostrzegłem w jego głębi jakąś dziwną, na wpół ludzką, na wpół gadzią twarz. Zdawała się patrzeć prosto na mnie. Po chwili ponownie zmorzył mnie sen.

Ponownie obudził mnie kobiecy krzyk. Dobiegał z mieszkania obok, które od dłuższego czasu było puste od kiedy stary Michałowki dostał zawału. Krzyki nie ustawały więc wyszedłem na korytarz. Był pusty. Dziwne, pozostali sąsiedzi też musieli to słyszeć. Drzwi pod numerem 7 były lekko uchylone. Krzyk tylko na chwilę ucichł żeby po chwili rozlec się ponownie. Pchnąłem lekko drzwi. 

W pokoju na łóżku leżała najpiekniejsza kobieta świata. Miała miedziano-złota skórę i ogniście rude włosy. Ubrana była tylko w prosty, srebrny naszyjnik. Najpełniejsze, drobne piersi jakie w życiu widziałem i… skórzane, brązowe skrzydła, spoczywające jak ona sama na białym prześcieradle. Nie krzyczała, leżała oparta na stercie poduszek, w dłoni trzymając kieliszek wypełniony czerwonym … chyba winem. Spoglądała na mnie ciekawie, jak małe dziecko poznające świat. Po chwili straciła zainteresowanie moją osobą i jej wzrok powędrował na ścianę za mną. Podążyłem za jej wzrokiem. To co zobaczyłem spowodowało, że cofnąłem się w głąb korytarza. Do ściany za pomocą dużych sopli lodu, za ręce i nogi przybita była młoda, najwyżej 20 letnia dziewczyna. Nie była całkiem naga. Miała na sobie resztki kolorowej sukienki i luźnej koszulki. Na jej ciele nie było żadnych śladów poza drobnym krwawym śladem powyżej lewej piersi i rozmazanym makijażem na twarzy. Wydawała się nieprzytomna. Obok stał ktoś kogo można określic tylko słowem DEMON. Stwór miał koło 2 metrów wzrostu, składał się z samych mięśni. Skóra była krwiście czerwona, pokryta ciągle zmieniającymi się czarno-srebrnymi tatuażami. Najmniej ludzka była twarz. Osadzone bardzo blisko siebie, pozbawione białek, gorejące oczy, mięsisty, szeroki nos. Z zamkniętych ust wystawały dwa ostre, groźnie wyglądające kły. Łysa czaszka również wirowała od ciągle zmieniających się znaków. Ubrany był tylko w czarne, skórzane spodnie nabijane metalowymi ćwiekami i obwieszone łańcuchami.

Stwór nawet na mnie nie spojrzał. Wzrok miał utkwiony w leżącej na łóżku kobiecie. Nagle stwór ruszył w moim kierunku… nogi pode mną ugieły się, ale nie mogłem sie ruszyć. Minął mnie o włos. Od swojej Pani wziął  kryształowe naczynie. Wrócił do nieprzytomnej dziewczyny. Szybkim ruchem wyjął z kieszeni spodni krótką, 15 cm, szklaną rurkę i pewnym ruchem wbił ją w krwawe znamie na jej piersi. Ukrzyżowana natychmiast otworzyła oczy, a z jej ust ponownie rozległ się przerażliwy krzyk. Z rurki powoli zaczęła spływać krew do trzymanego przez demona kielicha. 

Nie zdążyłem jeszcze zareagować na to co widziałem, w mojej głowie narodziła się dopiero co myśl że muszę coś zrobić kiedy zastopował mnie lodowaty głos. Usłyszałem najbardziej zimne STÓJ w zyciu. Przez chwilę naprawdę nie mogłem się ruszyć. Nie mogąc ruszyć głową, nie chcąc patrzeć na cierpienia Sary(nie wiem skąd wiedziałem wtedy jak nazywa się ta dziewczyna) skupiłem się na widoku za oknem. Na zewnątrz było zaćmienie słońca. Złota obrączka słońca wisiała nad bezmiarem oceanu…

Z zamyślenia wyrwał mnie krótki rozkaz ZABIJ GO. Ocknąłem się. Sara już nie krzyczała. Ponownie wydawała się nieprzytomna. Demon zmierzał w moim kierunku, a jego twarz wykrzywiał dziwny grymas, miałem wrażenie że był to uśmiech. W olbrzymiej dłoni trzymał olbrzymi, ząbkowany nóż… Tuż przede mną stwór zatrzymał się. Zaczął nasłuchiwać. Wytężyłem słuch, usłyszałem stuk zegara, ciche CYK, CYK, CYK…

Usłyszałem jeszcze ciche „Pani, nasz czas się kończy…” zanim pochłonęła mnie ciemność.

Ocknąłem się na podłodze. Leżałem w mieszkaniu obok mojego. Było takie jakim je zapamiętałem po wyniesieniu przez landlorda mebli i przygotowania do ponownego wynajęcia… no może za wyjątkiem czterech dwu, trzy centymetrowych dziur w ścianie przy oknie i sporej kałuży wody pod ścianą.

Nigdy więcej nie chce spotkać Lilith. Ta matka demonów opuszczając mury Melfais w każde zaćmienie szuka tylko sposóbów na zadanie cierpienia… a ja jej uciekłem. To tylko kwestia czasu aż spotkamy się ponownie. Lilith się nie odmawia…”

Adam.

Nie pamietam jak dojechaliśmy do domu. Nie pamiętam co działo się przez resztę wieczoru ani nocy.

Obudziłem się rano z potwornym bólem głowy. Nic mi się nie śniło. Czułem się jak po nieprzespanej nocy.  Zegarek wskazywał 6:00, tak więc najwyższy czas na pobudkę, śniadanie i wyprawę do pracy. Anny nie było obok. Zazwyczaj spała jeszcze jak wstawałem. Budził ją zazwyczaj zapach świerzo zaparzonej kawy… poczułem dziwne uczucie. Pierwsze ukłucie niepokoju w żołądku. Nie było Jej nigdzie. Kuchnia, łazienka… pusto. Pokój Oscara także był pusty. Niepokój powoli zaczynał przeradzać się w strach, pojawiały się pierwszwe oznaki paniki. Zaczynały do mnie dochodzić wspomnienia poprzedniego wieczoru. 

Niepotrzebowałem dużo czasu żeby zorientować się, że w domu nie było śladu ani mojej żony ani dziecka. Zniknęła także walizka oraz większość ubrań. Anna patrzyła na mnie tylko ze zdjęcia przy łóżku. 

Znowu straciłem poczucie rzeczywistości. Pamiętam, że biegłem, mijałem ludzi którzy na mój widok rozstępowali się i patrzyli jak na wariata. Samochody zatrzymywały się z piskiem opon chcąc uniknąć szaleńca próbujacego zginąć pod kołami.

„…Jedną z bram jest szaleństwo. Łatwo wtedy przekroczyć granice Miasta. Nie raz widziałem opętanych szaleńców pojawiających się na ulicach Melfais. Pojawiali się nagle, z drogi schodzili im nawet Strażnicy… biegli niszcząc na swojej drodze wszystko co wpadło im w ręce. Żadna przeszkoda nie była zbyt potężna. 

Brama Szaleństwa dawała moc, ale i niszczyła. Dopóki „szaleństwo” krążyło w krwi jest sie niezwyciężonym. Lecz nic nie trwa wiecznie. Wtedy człowiek pada na ziemie bez sił. Nie umie się bronić, nie wie nawet gdzie się znajduje. Na ten moment zazwyczaj czekają Strażnicy obserwujący Szaleńca z daleka. Wtedy szybko dołącza do szarego sznura skazańców w drodze do jednej ze Studni… Brama Szaleństwa szybko przeradza się w Bramę Śmierci…”

Mi na szczęście się udało. Wróciłem do domu. Był późny wieczór. Obudziłem się w krzakach nad brzegiem Wisły. Obdarty z ubrania, prawie nagi, pokryty krwią (o dziwo nie własną), potem, jakimś dziwnym szlamem i brudem. Ledwo uniknąłem aresztowania. Dom był pusty. Znowu zaczęło do mnie dochodzić to, że Anna i Oscar zniknęli. Chyba bym oszalał po raz kolejny przeszukując dom… wtedy zobaczyłem list, napisany ręką Anny. Nie wiem jak to możliwe, że nie zobaczyłem go wcześniej. Czytając kolejne zdania równego pisma mojej żony, zacząłem odzyskiwać pamięć  środowego wieczoru. 

„Zielona szkoła”. Przecież Anna wbijała mi do głowy od kilku tygodni, że prosto po świętach jedzie z Oscarem na „zieloną szkołę”. Żeby zbić koszty wyjazdu pojedzie jako opiekunka grupy dzieci. Sam ją namawiałem, żeby wzięła kilka dni urlopu i odpoczęła z dzieciakami na mazurach. 

Na komórce miałem 19 nieodebranych połączeń, kilkanaście smsów od Anny i serię wiadomości z pracy… 

Adam.


  • RSS