Kocie oko 2009-07-27 18:43:31

Drzwi Katedry były zamknięte. Waliłem w nie pięściami z całych sił, ale to na nic. Ani drgnęły. Zupełnie jakbym walił w kamienny mur. Metalowe, wielkie na dwa metry, stalowe, bogato zdobione drzwi. Równie dobrze mógłbym starać się rozwalić głową kamienny mur a nie tylko je wywarzyć.

Czułem się bezsilny. 

Dopiero po chwili poczułem ocierającego się o moją nogę kota. To była ta sama kotka która doprowadziła mnie tutaj. Wpatrywała się we mnie intensywnie zielonymi oczami... były jak bezdenne jezioro...

... otaczała mnie delikatna miękkość. Dotarł do mnie zapach mchu, ogniska, ściółki leśnej. Otworzyłem oczy, nademną unosiły się gałęzie drzew, przez nie prześwitywało gwieździste niebo. Po twarzy przeszedł mi maleńki pajączek. Wstałem i zrzuciłem go z twarzy. 

- Hej obudziłeś się? - dookoła ogniska siedziała grupka ludzi ze studiów. Wśród nich, lekko z boku siedziała Anna. To ona krzyknęła w moją stronę.

Czułem że nie panuję nad swoim ciałem, a wszystko dzieje się według doskonale mi znanego scenariusza. To było Lato 1998 w Stanclewie gdzie oblewaliśmy trudny, 3 rok studiów. To tam po raz pierwszy zobaczyłem Ankę. Przyjechała z kumplem z architektury, chciała odreagować zakończony właśnie związek z jakimś informatykiem. 

Patrząc wtedy w oczy tego kota odczułem wszystko to co zdarzyło się wówczas nad jeziorem. Pierwsze nieśmiałe rozmowy, pierwsze spacery i walki z wszędobylskimi komarami, rzucenie palenia i szpital. 
Brutalne zderzenie z ukrytym pod wodą pniakiem skończyło się złamaną ręką. Ja drący się jak opętany, Anna starająca się mnie jedną ręką mnie uspokoić a drugą wezwać karetkę i reszte grupy.
Długo się śmialiśmy, że jeżeli pierwsza randka zaczyna się od beli szpitalnego fartucha to kolejnym krokiem musiała być biel ślubna.

Nie wiem po jakim czasie ocknąłem się. Leżałem pod drzwiami Katedry. Twarz miałem całą we łzach. Na mojej piersi leżała zwinięta w kulkę zielonooka kotka.
Wspomnienie o Annie, to co wydarzyło się tamtego roku w Stanclewie to chyba najpiekniejsza rzecz jaka pozostała w mojej pamięci. Wciąż pamiętam zarówno jej zapach, delikatność jej dotyku, smak jej ust... 

MUSZĘ JĄ ZNALEŹĆ

Usiłowałem wstać, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Osunąłem się na ziemie i straciłem przytomność. Obudziłem się w domu. Jedyną różnicą jest zielonooki diabeł mruczący na moich kolanach w chwili gdy piszę te słowa. Na szyi ma zawiązany rąbek chusty w złote motyle...moja Anna...

skomentuj (1)

Ostatnie tchnienie 2009-07-18 23:10:13

Chwilę później z Polipa został krwawy, rzężący strzęp mięsa. Ten piekielny pies popatrzył jeszcze w moja stronę, w jego przekrwionych ślepiach błysnął gniew – przez chwilę myślałem, że ja będę następny – w głowie usłyszałem tylko odległe wycie i zniknął. Skoczył w boczną uliczkę, w jedną z tych które promieniście odchodziły od placu. Zostałem sam z dygoczącym jeszcze trupem Polipa. 
Zaciekawiony podszedłem do niego. Gardło miał rozszarpane, z większości twarzy została tylko krwawa miazga i strzęp. W pełni widoczne były tylko jego oczy. Już nie było w nich złości ani nienawiści. Po prostu patrzył na mnie. Nie było bólu, nie było chęci zabicia mnie, nie było śmierci. Były tylko te stalowo błękitne oczy patrzące na mnie. Te oczy śmiały się ze mnie, osądzały że je zabijam, oceniały moją słabość, wyzywały od tchórzy. 
To były tylko oczy ale ja czułem całym ciałem ten śmiech, ich drwinę. 

Zabiłem go. Wbiłem w oczodół leżący nieopodal sztylet. Tylko lekko drgnął. Drugie oko wciąż wpatrywało się we mnie, już się nie śmiało. Było puste.

Na miękkich jeszcze nogach ruszyłem w kierunku drzwi katedry. Były zamknięte na głucho. W szczelinie między skrzydłami utkwił tylko mały strzęp czerwonego materiału. Fragment jedwabnej apaszki w złote motyle, jaki Anna miała na sobie w dniu śmierci. Prezent na ostatnią rocznice…


skomentuj (0)

Śmierć 2009-07-11 23:06:20

Chciał mnie zmęczyć, bawił się mną. 
Tak myślałem dopóki nie wydarzyło się coś dziwnego. Własnie powalił mnie na ziemie i zamierzył się na mnie swoim przypominającym szpikulec nożem. Błyskawicznie odturlałem się w bok. Miałem wrażenie że tylko cudem uniknąłem nabicia na rożen niczym królik. Polip stanął nademną w rozkroku i z drapieznym uśmiechem na ustach raz po raz wbijał sztylet tam gdzie jeszcze sekudnę wcześniej była moja głowa. Czułem się jak mysz w szponach rozbawionego, głodnego kota. Tylko dzięki błyskawicznym unikom zawdzięczałem to że wciąż żyłem.

Kątem oka zobaczyłem ruch w drugim końcu placu. Wyglądało to tak jakby za ciężkich, dwuskrzydłowych drzwi katedry wyglądała czyjaś głowa. Delikatne rysy, czarne, lekko kręcone włosy, błysk szmaragdowego kolczyka w uchu... ANNA. Chciałem się zerwać, krzyczeć biec do niej... Przypomniałem sobie o Polipie, spojrzałem w górę i dostrzegłem że ostrze jest za blisko, wiedziałem że już mi się nie uda przed nim uciec. Patrzyłem jak zahipnotyzowany na zbliżającą się śmierć, kiedy rozległo się z ust Polipa siarczyste przekleństwo i zobaczyłem jak ręka w ostatniej chwili zmienia położenie i ostrze bezpiecznie wbija się w piach.

Rzuciłem szybko okiem na katedrę. Drzwi były zamknięte, po kobiecej twarzy nie został nawet ślad. Ale upewniło mnie to, że w środku jest Anna i Oscar, a na drodze stoi mi ten dziwny człowiek który chce mnie zabić ale tego z jakiś przyczyn nie robi. Zerwałem się na nogi. 
Moja gwałtowna reakcja całkowicie zaskoczyła przeciwnika. Jednak to on był wyszkolonym zabójcą nie ja. W jego ręce pojawił się drugi sztylet wyciągnięty za paska od spodni. Ja wciąż byłem bezbronny, jeżeli nie liczyć kawałka lusterka które wciąż ściskałem w dłoni. Aż dziwne że go do tej pory nie wypuściłem, ani że nie pocharatał mi dłoni ostrą krawędzią. To właśnie ten ostry kawałek chciałem wykorzystać do walki z Polipem.

Szkiełko było za małe żeby podciąć gardło czy dotkliwie zranić. Jedyną szansą było uderzenie w oczy. Jeżeli go oślepie mam jakieś minimalne szanse na przeżycie.

Zaatakowałem z marnym skutkiem. Przeciwnik dalej obijał mnie kantem dłoni, uderzał pięścią, kopał (wciąż nie użył ostrza sztyletu), a ja unikając niewielką część jego ciosów starałem zbliżyć się na tyle żeby zaatakować jego oczy. Bez rezultatu. Udało mi się tylko lekko zadrapać go w policzek. Powstało niewielkie zranienie, ale chyba musiałem mieć troszkę szczęścia, ponieważ krwawiło obficie.

Po kolejnym kopniaku wylądowałem ciężko na plecach spory kawałek od Polipa. Podnosiłem się z wyraźnym trudem. Na ręce w której trzymałem szkiełko miałem krwawy ślad. Szybko spojrzałem po sobie - krew nie była moja, należała do Polipa. On także spojrzał na moją dłoń, na mnie, potem powoli dotknął twarzy. Była cała we krwi.

Zbladł. Cofnął się o dwa kroki do tyłu, wypuścił z rąk sztylet który bezgłośnie wbił się w ziemie obok małej kałuży krwi skapującej z policzka Polipa. Ziemia dookoła krwi zaczęła się nienaturalnie wybrzuszać, bulgotać, żeby w końcu wybuchnąć niczym gejzer z potwornym świstem i mrożącym krew w żyłach wrzaskiem. Gdy opadł kurz, na ziemi stała bestia. 

Stwór wielkości psa, którego czarna skóra pokryta była długą, rzadką, posklejaną szczeciną. Z pyska wystawałe największe i najbielsze kły jakie w życiu widziałem. Kapała z niej ślina i buchały kłeby pary, zupełnie jakby podczas najmrożniejszych nocy. Spojrzał na mnie ślepiami zaciągniętymi bielmem. 

- Bierz go - krzyknął Polip wskazując w moją stronę - to z mojej krwi powstałeś, nakazuje ci bierz go... - głos brzmiał coraz bardziej histerycznie, w ostatniej sylabie przechodząc w paniczny pisk...

Cerber tylko raz spojrzał w kierunku Polipa, odwrócił łeb w moim kierunku, głucho warknął spoglądając mi w oczy i bezgłośnie rzucił się w kierunku gardła...

skomentuj (0)

Zemsta - 3 2009-07-05 00:26:53

Odkładałem ten kawałek szkła na stolik, kiedy przypadkowo zaciąłem się ostrą krawędzią w palec. Od razu poczułem lekkie zawroty głowy. Z każdą kroplą krwi spływającą po moim palcu na powierzchnie lusterka w pokoju robiło się coraz chłodniej, moje ciało zaczęło odmawiać mi posłuszeństwa. Ostatnie co pamiętam to ostry błysk światła oraz uczucie że spadam.

Odzyskałem przytomność kiedy poczułem na twarzy krople wody. Leżałem na krawędzi kamiennej fontanny. Z ust gargulca w kształcie zdeformowanego dziecka zamiast wody spływała krew. W dłoni ściskałem zakrwawiony kawałek lusterka, jednak na palcu nie było śladu po skaleczeniu. Spojrzałem w niebo lecz pośród chmur nie odnalazłem słońca. Miasto było całkowicie opustoszałe. Nigdzie nie znalazłem nawet żywej duszy. Jedynie szum krwi w fontannie powodował, że cisza nie była totalnie przytłaczająca. Schowałem lusterko do kieszeni...
... dopiero po dłuższej chwili ją zobaczyłem. Stała u wylotu uliczki, oparta o kamienną rzeżbę przedstawiającą zgarbioną staruszkę dźwigającą nienaturalnie wielki tobół. Miała najbardziej blond włosy jakie w życiu widziałem, błękitną sukienkę, na nogach klapki. Wyglądała tak nienaturalnie, tak nie pasowała do otaczającego ja Miasta.

Chyba dopiero jak ją zobaczyłem jak stoi i zwyczajnie patrzy się na mnie, zrozumiałem, że jestem w Melfais.

Patrzyła na mnie dopóki nie zrobiłem pierwszego kroku w jej stronę. Wtedy bez słowa odwróciła się i znikła za rogiem. Nie zważając na nic pobiegłem za nią. Za rogiem już jej nie było, tylko jakieś 30 metrów dalej, przy kolejnym rogu mignęła mi szmaragdowa zieleń jej sukienki. W pierwszej chwili nie pomyślałem jak to możliwe. Po prostu musiałem ją dogonić. Gonitwa trwała długo. Tego gdzie jestem i jak trafić do fontanny nie wiedziałem już po chwili. Tym bardziej starałem się nie stracić z oczu tej zieleni, która w kamiennej rzeczywistości wydawała mi się niczym promyk nadziei.
Nie wiem jak długo za nią biegłem. Z oczu straciłem ją dopiero na wielkim placu. Wybiegłem na niego z jednej z kilkudziesięciu identycznych uliczek rozchodzących się promieniście od  niego. Nigdzie nie widziałem mojej tajemniczej przewodniczki. Zamiast niej przez środek placu przechodziła czarna kotka, z zieloną obróżką na szyi. Szła w kierunku wysokich schodów na szczycie których znajdowała się największa gotycka katedra jaką w życiu widziałem. Kotka wbiegła po schodkach i usiadła przed mosiężnymi drzwiami katedry u stóp... Polipa. 

Przed wrotami katedry stał jakby nigdy nic ten którego zwłoki jeszcze nie tak dawno widziałem całe we krwi. Smoliście czarna kotka ocierała się o jego nogi. Był ubrany tak jak w dniu śmierci, z tą różnicą, że ubranie nie było zakrwawione, a w dłoni trzymał swój dziwny sztylet. Bez słowa ruszył na mnie ze sztyletem gotowym do ataku. Nie miałem nic do obrony, a nigdy raczej nie byłem mistrzem sztuk walki...

Atakował powoli i z dużym opanowaniem. Bawił się mną, zupełnie jakby nie chciał zabić mnie od razu, ale po prostu ponapawać się swoją przewagą nade mną...

skomentuj (0)

Zemsta - 2 2009-06-29 22:27:16

... 300 zeta za dowiedzenie się, że ciało pewnie już zaczyna podśmiardywać w porzuconym wozie na tyłach jakiegos osiedla.
Nie było innego wyjścia, musiałem je zobaczyć, musiałem się przekonać że Polip nieżyje. Musiałem poczekać do zmierzchu, nie chciałem żeby ktoś zbyt szybko wezwał policje i nakrył mnie z poszatkowanym trupem w bagażniku jakiegoś wozu.

Wóz stał tam gdzie powiedział Rychu. Nawet kluczyki były tam gdzie powiedział - upuszczone pod kierownicą.
Szybko otworzyłem bagażnik. Był. Leżał. Nie widziałem zbyt wielu trupów, ale ten wyglądał na spokojnego, zupełnie jakby jeszcze za życia nie czuł tych kilkunastu ran na brzuchu którymi uciekło z niego życie. Był cały we krwi, ale musiałem go przeszukać. Nie wiem czemu, ale liczyłem że ma przy sobie kartki z Manuskryptem Artura. Szybko namacałem wybrzuszenie w kieszeniu kurtki. Wyciagając z niej gruby plik kartek moje serce zaczęło szybciej bić.

"Wygrałem skurwysynu" - wymsknęło mi się odruchowo. Moja mina zrzedła kiedy rozprostowałem złożone na pół kartki. Jestem na 100% pewien że to one. Wyglądają identycznie, na kilku widać nawet ślady mojego nieostrożnego operowania nimi. Jedna ma małe rozdarcie w górnym rogu - siłowałem się o nią z Oscarem, który chciał na niej namalować konika, jedna ma ślad po kubku z kawą - efekt czytania nad ranem, kiedy Anna jeszcze spała a ja miałem problemu ze snem, jedna całkiem solidnie napuchnięta - efekt czytania w wannie i mojej nieostrożności. To były kartki na których Artur pisał o Melfais. Były, bo teraz poza śladami które zostawiłem na nich ja, nie było nic. Były puste. Całkowicie puste.

Byłem wściekły. Przez chwilę okładałem zwłoki pięściami, chciałem wyć z wściekłości. Czułem jakby ktoś odebrał mi jedyną nadzieje na odzyskanie tego co bezpowrotnie utraciłem. Tak uderzając w miękkie jeszcze zwłoki Polipa w pewnym momencie poczułem na pięści ostry ból. Uderzyłem w coś twardego i o ostrej krawędzi. Szybko spojrzałem na ubrudzone krwią ręce - na szczęście w całości należała do trupa. W kieszeni koszuli Polip coś ukrywał, coś czego albo nie znalazł Rychu albo uznał za niewarty uwagi śmieć (portfela nawet nie szukałem, wiedziałem że go nie ma, nie dość że kasa i orygianle dokumenty to jeszcze możliwość identyfikacji przez gliny). W kieszeni leżało coś co pewnie gdyby nie Melfais i Artur sam uznałbym za śmieć, albo nieszkodliwą pamiątkę. Połówka małego okrągłego lusterka, z ostrymi krawędziami, o które pewnie uderzyłem wyładowując się na trupie.

Lusterko na pierwszy rzut oka wydawało się normalne. Było tylko nienaturalnie zimne, a jego powierzchnia nieodbijała niczego, była nienaturalnie czarna. Ale ewidentnie było to lusterko.

skomentuj (0)

Zemsta - 1 2009-06-27 21:51:01

Zostałem wyrzutkiem. Na moich rękach jest krew. Teraz wraz z moim światem zawaliła się także moja jedyna ostoja – zdrowy rozsądek. Straciłem dom, przyjaciół… wszystko. Zostałem sam wraz z moją nadzieją na to że Anna i Oscar czekają tylko żebym ich odnalazł. Teraz tylko to się liczy. Został mi tylko mój cel.

Ten sen stał się moją obsesją. Musiałem znaleźć Polipa i wydusić z niego prawdę o tamtym wypadku i co się naprawdę stało z moją rodziną. A tego mogłem dowiedzieć się tylko w „Mokrej”, małej knajpce na Woli gdzie, mając troszkę wiedzy, można było wiele załatwić. Wystarczyło tylko znaleźć odpowiednich ludzi i mieć czym im zapłacić. 
Nie łatwo jest się dostać już do samego lokalu. Dla większości przechodniów „Mokra” jest tylko wytartym napisem na starej i brudnej szybie, wspomnieniem dawnego baru, który jeszcze w latach 60 przyciągających biednych ale lubiących dobrze i tanio zjeść. Teraz wejścia broni stara kartka, a raczej jej strzępy z napisem REMONT oraz przerdzewiała kłódka na jeszcze bardziej przerdzewiałej kracie. Wejść mógł każdy kto znalazł stare wejście dla personelu. Gorzej czasem było z wyjściem.
Skąd znam to miejsce?
Nieważne…

Na wnętrze „Mokrej” składały się stare barowe stoliki, szerokiej lady za którą niepodzielnie królował Rychu i jego dwie kelnerki Idzia i Maja oraz zaplecza gdzie ubijano prawdziwe interesy. Aby się tam dostać trzeba jednak mieć zgodę obsługi. Inaczej groziło spotkanie z pięściami Rycha.
Już od wejścia do mojego nosa doleciał stale towarzyszący smród wymiocin. Tym razem był „wzbogacony” żelazistym posmakiem krwi. Rzadkość, Rychu bardzo dbał żeby wszelakie porachunki załatwiane były na zewnątrz. Idzia usuwała mokrą szmatą resztki mokrych plam z podłogi przy ladzie, podczas kiedy Rychu i Maja ustawiali w jakiś niezrozumiały wzór porozrzucane stoliki. 
Rychu spojrzał tylko na mnie i nie przerywając walki ze stolikiem rzucił w moim kierunku – „Chwila”. Cierpliwie poczekałem. Tutaj to On był szefem. Niedowidziałem się co się stało – dyskrecja to jedna z zasad „Mokrej”. Tutaj za informacje kosztują dużo, a tajemnice nigdy nie zmieniają właściciela.
Jak skończył położyłem na stole 50 złotych i powiedziałem tylko „Polip”. Jego reakcja mnie całkowicie zaskoczyła. Chwycił mnie za gardło, przeciągnął za bar i trzymając w drugiej ręce wielki nóż wychrypiał „Co o nim wiesz?”
Nie powiedziałem wszystkiego, gdybym tak zrobił pewnie skończył bym z poderżniętym gardłem. Powiedziałem o kradzieży i pobiciu. Rychu uwierzył, na moje szczęście. Zaczynało mi już brakować tchu. Puścił mnie, ale nie pomógł wstać z podłogi. 
Wskazując na resztki krwi na podłodze powiedział „Tam masz swojego złodzieja”. 

Polip był tu kilka godzin wcześniej. Od progu szukał awantury. Wytrącał butelki z rąk najbardziej nerwowym łebkom. Ewidentnie szukał bójki i się jej doczekał. Rychu nie zdążył zareagować kiedy w jego rękach pojawiły się dwa, skądinąd znane mi, charakterystyczne noże. Wyjął i stał w bezruchu. Reszcie nie trzeba było większej zachęty. Rzuciło się na niego z siedmiu chłopaków. W ruch poszły butelki, szklanki, noże. Po chwili Polip krwawiąc jak zarzynane prosie leżał na podłodze. Żaden z napastników nie został nawet ranny.
Żeby dowiedzieć się gdzie są jego zwłoki musiałem zapłacić trzy stówy…


skomentuj (0)

Sen/koszmar/jawa 2009-06-20 23:59:50

Najgorsze są sny... Przychodzą niewiadomo kiedy i niewiadomo jak się przed nimi bronić. We śnie człowiek jest bezbronny niczym dziecko. Każdy może wtedy zrobić z nim co zechce i to zarówno w świecie snów jak i jawy. Najgorsze w nich jest to że nie tylko nie możesz się ich pozbyć, ale także odróżnić co jest wytworem twojej wyobraźni a co prawdą. 

Dziś rano obudziłem się z krzykiem. Pościel była mokra od potu i moczu. Ja cały dygotałem z przerażenia i zimna. Uspokiła mnie dopiero resztka wódki znaleziona w kredensie. Ostry smak ogrzewał mi przełyk wypalając jednocześnie ze mnie strach i przerażenie. 

... w pokoju przy maleńkim czarnym stole, na głębokich, wyglądających na bardzo niewygodne, fotelach siedziało dwóch mężczyzn. Jednego poznałem od razu - Polip. Twarz drugiego była skryta w cieniu. Wyglądał jakby zupełnie nie miał twarzy. Na stoliku obok filiżanek z kawą leżały trzy zdjęcia. Była na nich Anna, Oscar i ja. Patrząc na nie we śnie, starałem się przypomnieć sobie kiedy i gdzie były one zrobione, ale nie umiałem. Teraz ich nie pamiętam... może to dobrze.

Usłyszałem głos. To mówił ten skryty w cieniu - "Nie, nie zabijaj ich. Bardziej się przydadzą jeżeli przyprowadzisz ich do mnie. Zabierz dziecko i kobiete do Miasta... Acha i przedewszystkim odzyskaj papiery. Zbyt długo były w rękach ludzi..."

Polip tylko spojrzał na leżące na stole fotografie, oblizał wargi i nie patrząc na rozmówce powiedział - "Znajdą się w twojej Katedrze tak szybko jak to możliwe, Panie"

Czy ja zwariowałem? Chyba nie umiem już odróżnić jawy od snu...

skomentuj (0)
Księga Gości